manuela87 blog

Twój nowy blog

Natura ludzka ma to do siebie, że człowiek chce cały czas
więcej i więcej. Wg mnie nawet jest to sprzeczne z naturą, choć brzmi to jak
paradoks. Człowiek to istota leniwa, raczej nie lubi się wysilać i teoretycznie
nie potrzebuje zbyt wiele do przeżycia. Czyli teoretycznie wystarczałaby nam
jakaś kwota miesięcznie, aby mieć na podstawowe zaspokojenie głodu, odzianie
sie, schronienie nad głową, itp. Ale nie, bo przecież już rodzice wmawiają nam,
że musimy być ambitni i bogaci. Córki mają wychodzić za bogatych i
wykształconych mężów, ale same też powinny być niezależne, gdy po paru latach mąż
się znudzi i zapragną żyć życiem singla,. Natomiast synowie muszą dużo zarabiać,
mieć prestiżową posadę i oczywiście wyższe wykształcenie. Sami często też jak
wychodzimy z uboższych czy patologicznych domów – pragniemy się „wybić”. Tylko
nasuwa mi się jedno podstawowe pytanie. 
Po co? Po co nam jest to wszystko? Chcemy sobie coś udowodnić? Rodzicom?
Innym? Rodzimy się, „dołączamy do pewnej rodziny”. Później dorastamy, obracamy
się w kręgach towarzyskich, ale zawsze chcemy w tych lepszych, chcemy mieć
ładne i drogie ubrania, najlepsze. Później chcemy się wyprowadzić i pokazać
rodzicom, że damy sobie radę. Często z przymusu idziemy na studia, bo tak
wypada. Znajdujemy sobie chłopaka. Ale następnie stwierdzamy, że chcemy czegoś
więcej. Pieniędzy. Zarabiamy, obracamy się w innych kręgach, pojawia się zazdrość,
że inni mają lepiej. I mimo iż dawno mamy zaspokojone podstawowe potrzeby to
chcemy iść dalej i zaczynamy zmieniać wszystko po kolei: styl ubioru, zachowanie,
a później chłopaka, rodzinę, kraj. Mamy coraz więcej pieniędzy, różnorodnego seksu,
„wolności”. I co dalej? Dokąd zmierzmy? Jaki jest cel? Jaki jest sens?

Nienawidzenie siebie. Bardzo przykra sprawa. Ale wydaję mi
się, że też bardzo często spotykana, szczególnie u kobiet. Straszny stan,
bezsilność, niemoc, a jednocześnie straszny ból, smutek, wycieńczenie i brak
perspektyw. Skąd się to bierze? Wg mojej teorii nienawidzimy siebie, ponieważ
jeszcze w dzieciństwie, gdy byliśmy mniejszymi człowieczkami nie doznaliśmy
bezwarunkowej miłości rodziców, nikt nie zaakceptował naszej natury takiej,
jaka jest i często nasi rodzice, szczególnie matki miały problemy z pewnością
siebie, z akceptacją swojej osoby i były nieszczęśliwe. Więc wydaje się być
logiczne, że dzieci, które wychowają, szczególnie córki, w 99% będą takie same,
a nawet z większymi problemami, z większą autodestrukcją. I kolejne dzieci takich
dzieci będą miały jeszcze większe problemy. Dlatego nawet, jeśli nie
wynieśliśmy „podstawy” do życia z domu to musimy to zmienić, zacząć szukać dla
siebie pomocy. Taką pomocą może okazać się wyjątkowy chłopak, miłość,
przyjaciółka czy po prostu dobry terapeuta. Warto się też samemu zastanowić nad
powodem, źródłem takich zachowań, a często to pomaga w rozwiązaniu problemu,
ale oczywiście nie dzieję się to za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trwa
to latami, jest bardzo trudne, obarczone ciężką pracą nad sobą. 









Też przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z tego, że jak
sami siebie nie zaakceptujemy, nie pokochamy to nie będziemy w stanie stworzyć
prawdziwych, zdrowych relacji z drugą osobą, nie będziemy w stanie stworzyć
trwałego związku, nie wychowamy dobrze swoich dzieci, bo staną się one
powieleniem naszych problemów ze samym sobą. Dlatego tak ważna jest praca nad
samym sobą. Nie sprawiajmy sobie bólu, ale też brońmy innych przed sprawianiem
im bólu przez naszą autoagresję. Bo jak ja jestem nieszczęśliwa, nie kocham
siebie to będę Ciebie unieszczęśliwiać, bo mi jest źle i Tobie też ma być źle.
I kto z nami wytrzyma? Nikt, bo nikt nie jest nadczłowiekiem, a istoty boskie
nie znajdują się w postaci uczłowieczonej.

















Dlatego apel z mojej strony. Kochajmy siebie samych,
spójrzmy pozytywnie na swoje wady, niedoskonałości, zarówno cielesne jak i
wynikające z charakteru. Spójrzmy, jakimi jesteśmy wyjątkowymi osobami, nie ma
drugiej takiej osoby jak ja. Każdy ma w życiu jakiś cel, jakąś pasję czy misję
do wypełnienia. Poszukajmy tego, jeżeli jeszcze tego nie odnaleźliśmy, bo to
może być wskazówką do sukcesu. A samoakceptacja przyjdzie po drodze, zobaczymy
sami, ze zdziwieniem, jak zaczynamy siebie lubić, a później już i nawet kochać,
a jak siebie zaakceptujemy to z pewnością znajdzie sie człowiek, który będzie
chciał być z nami, któremu będziemy chcieli ofiarować czystą miłość, bo sami
taką w sobie odkryjemy.

















Powodzenia!

Dwa koty

Brak komentarzy

Obecnie jestem właścicielką dwóch uroczych kotów, które są całkowicie różne, chyba pod każdym względem. Pierwszy mój kot, kocur, przybył do mojego domu w sierpniu 2009r. Był to koteczek znaleziony, nieplanowany. Jak usłyszałam jego zawodzący miauk – od razu stwierdziłam, że muszę go wziąć pod swoje skrzydła. Koteczek wyrósł na pięknego, mężnego kocura, przez ponad rok będąc ze mną. Też bardzo dobrze dał się poznać pod względem swojego kociego charakteru. To jest prawdziwy pan domu, chce być przytulany bardzo rzadko i oczywiście tylko wtedy, kiedy on tego chce. Zawsze musi postawić na swoim, ciężko jest go do czegoś przekonać. Ale mimo tak mężnej postury, w środku jest wielkim tchórzem, chociaż można to nazwać inaczej – posiada duży instynkt ostrożnościowy. Bardzo boi się innych ludzi, jest nieufny, jak wyczuje jakieś zagrożenie – od razu chowa się w dziwne miejsca i udaje, że go nie ma. Jest kotem chodzącym własnymi drogami, a ja jestem mu potrzebna chyba tylko do tego, by miał co jeść. Ewentualnie, czasem mogę mieć ten zaszczyt i go pogłaskać, ale też z umiarem.



Natomiast druga koteczka, pojawiła się u mnie w sierpniu 2010r. Również była nieplanowana, ale jej urok i nieporadność sprawiły, że zamieszkała ze mną i z kocurkiem. Oczywiście na samym początku kocurek bał się nowej przybyszki, ale po wielu walkach, które później razem stoczyły, obecnie bardzo dobrze się dogadują i mocno przytulają, a raczej kotka przytula kocura, który jej na to dość często pozwala. A jaka jest kocurka? Przede wszystkim bardzo kochana, towarzyska, przyjazna, radosna. Bardzo często potrzebuje się poprzytulać i wtedy niezależnie od tego czy mi się to podoba czy też nie – wskakuje na moje kolana i żąda ode mnie głaskania. Często też cieszy się na mój widok po dłuższej nieobecności. Człowiek jest jej potrzebny nie tylko do dawania jedzenia. Lubi ze mną przebywać, nawet gdzieś z boku, lgnie do ludzi, nie boi się. Jest bardzo odważna, mimo jej młodego wieku. Jest też bardzo ciekawa świata, chce odkrywać wszystko, czego jeszcze nie odkryła. I ciągle się czymś bawi. 




W związku z tą niesforną parką, która zagościła u mnie w domu od pewnego czasu, często jest bardzo wesoło, obowiązków też nie ma zbyt wiele, dlatego polecam każdemu, żeby przygarnął do siebie jakiegoś zwierzaka. Najbardziej polecam kota, a jak już będzie jeden, to z pewnością za niedługo pojawi się drugi, itd.



Ja mam jeszcze do tego kociego duetu świnkę morską, której zarówno jeden jak i drugi kot się boi, co mnie bardzo cieszy i zapewnia mi spokój pod moją nieobecność.

Lęk

Brak komentarzy

Lęk. Obawa. Coś bardzo dziwnego w ludzkiej naturze, niezrozumiałe, niewyjaśnione przez wieki. Brak odpowiedniego lekarstwa dla duszy na tę przypadłość. Lęk przed życiem. Lęk przed jutrem. Lęk przed światem. Lęk przed drugim człowiekiem. Jak go zrozumieć w swoim organizmie, jak sobie z nim poradzić? Zastanawiam się nad tym cały czas. Analizuję swoje zachowania, odczucia w trakcie, gdy lęk mnie dopada. Zastanawiam się, dlaczego? Moje racjonalne argumenty nie trafiają w źródło, nic się nie zmienia. Napięte mięśnie, chcę tego uniknąć. Brak sił. Bezradność. Aż nagle czuję jak odchodzi. Sam, po paru chwilach, minutach, godzinach, dniach, latach. Czuję zmęczenie całego organizmu jak po biegu w maratonie. I po co mi to było? Jakie z tego wnioski? 

I tak do następnego razu…


  • RSS